Witam!
To mój pierwszy post na Błyskanie.pl, więc wypadało by się przedstawić. Nazywam się Mateusz Pieniążek, chodzę do drugiej klasy I LO w Gdańsku. W fotografii – nałogowy strobista niepokojąco bliski patologicznemu perfekcjonizmowi. Fan Joe McNally’ego, Zacka Ariasa, JoeyL’a, Patrika Giardino, Dave’a Blacka, Gregory’ego Heislera i… (nie powiem kogo jeszcze, ładny miałbym start…; przeczytacie na moim blogu).
Zdecydowałem się napisać, bo temat nie został tu jeszcze odpowiednio opisany, a z poniższego tutoriala jestem nawet dumny.
Niniejszy wpis będzie w całości poświęcony technice. Tak, zamierzam poczuć się jak McNally i przekazać wam część swojej wiedzy i doświadczenia (hahaha!) i podzielić się obserwacjami na temat pracy ze światłem błyskowym. Dziś na tapecie żelowanie, czyli nadawanie światłu odpowiedniego koloru poprzez nakładanie na lampki foliowych filtrów.
Nie będzie to jednak wykład, lecz po prostu szczegółowy workflow wykonania zdjęcia takiego, jak to:

Nie wiem, czy to dobra fotografia. To tak naprawdę kwestia trzeciorzędna. Grunt, że stanowi idealny materiał do opisania, jak uzyskać niezwykłe efekty oświetleniowe w banalnie prosty sposób. Jak się pewnie domyślacie, użyłem flashy. Ilu, jak i skąd te kolory? O tym za chwilę…
Chociaż mieszkam w tym pokoju już jakiś czas, dopiero dziś wpadłem na pomysł twórczego wykorzystania wnętrza. Pierwsze, czym postanowiłem się zająć, to światło lampki na biurko, które bardzo fajnie rozchodzi się po pokoju. Problem polegał na tym, że światło emitowane przez żarówkę jest raczej słabe a rozpiętość tonalna aparatu malutka w porównaniu do możliwości ludzkiego oka, przez co zdjęcie wykonane tylko w świetle zastanym wyglądało… nie wyglądało. Wystarczyło jednak koło prawdziwej lampy postawić flasha, by ten zalał cały teren intensywnym, twardym światłem, które na zdjęciu udawało światło z lampy. Konieczne było założenie na palnik flasha pomarańczowego filtra, aby upodobnić jego barwę do żarówki. OK, realistyczne światełko na biurku mamy załatwione.
Następny, iście szatański pomysł, dotyczył czerwonej poświaty wyłaniającej się spod biurka. Lampka z mocnym, czerwonym filtrem skierowana z stronę krzesła i jesteśmy w domu.
Na tym etapie zdjęcie miało już pewien rodzaj głębii i klimatu, ale brakowało kilku istotnych detali. Przede wszystkim szafa obok biurka tonęła całkowicie w mroku. Początkowo oświetlałem ją lampką z filtrem ocieplającym, żeby uzyskać raczej neutralne kolory, ale szybko zorientowałem się, że nie pasuje to do ogólnej koncepcji, która polegała przecież na rozegraniu napięcia na poziomie gry barw. Padło więc na intensywną zieleń. Niestety, sytuacja nie wyglądała tak różowo, jak się spodziewałem. Zielone światło rozeszło się wszędzie dookoła zabarwiając wszystko, co do tej pory stworzyłem. Niedobrze. Rozwiązaniem problemu okazał się grid. Grid, zwany też plastrem miodu, służy do skupiania wiązki światła, co umożliwiło „zazielenienie” tylko okolic szafy i pozostawienie reszty pieczołowicie kolorowanych obszarów w spokoju.
Pierwsze zdjęcie z modelem (znaczy ze mną). Obserwacje: wszystko fajnie, tylko nie ma modela. Tzn. jakiś zarys istoty ludzkiej gdzieniegdzie daje się dostrzec, ale przecież nie po to oświetlam cały ten cyrk, żeby teraz miejsce w głównym punkcie kadru okupowała czarna jak (prawie) smoła sylwetka. Na ratunek przyszła kolejna, czwarta już lampa. Stoi na widocznym w kadrze statywie (nie zamierzam tłumaczyć, dlaczego w ogóle jest on w kadrze; jest i już) jakieś 2m nad podłogą oświetlając górną połowę ciała modela, z naciskiem na twarz. Efekt skupienia wiązki światła znowu zawdzięczam plastrowi miodu.
Ostatnim krokiem na drodze ku perfekcji, było dodanie światła delikatnie wypełniającego cienie, które uznałem za nieco zbyt głębokie i psujące ogólne wrażenie. Jako, że posiadam tylko 4 flashe, musiałem zdać się na pomoc lampy sufitowej. Aby jej wpływ na ekspozycję był widoczny, musiałem wydłużyć czas ekspozycji do 1/20 sekundy.
Trochę tego jest, prawda? Cała zabawa, wliczając w to fazę myślenia, zajęła jakąś godzinę, nie jest to zatem najlepszy pomysł na sesję, jeśli światła musisz ustawiać w obecności modela/modelki (to oczywiście zależy od doświadczenia i stopnia obycia z lampami błyskowymi, ale ten wpis z założenia nie jest dla „pro”).
Poniżej widzicie efekty działania każdej z lamp osobno i dokładny schemat przedstawiający wszystko to, co opisałem kilka akapitów wyżej.


To będzie na tyle. Mam nadzieję, że komuś przyda się to, co napisałem i zainspiruje go do podobnych zabaw światłem.
PS. Jedyna rzecz, jaką zrobiłem w Photoshopie, to leciutkie rozjaśnienie obrazu na monitorze (który notabene przedstawia blog Zacka Ariasa).